nigdy nie zamierzałem uczyć się języka fińskiego. nigdy nawet nie miałem możliwości jego nauki. nigdy nikt nie proponował mi konwersacji w tym języku... nigdy, nigdy, nigdy. aż do dzisiaj, kiedy mój redakcyjny kolega powiedział, żebym się pieprzył - po fińsku (nie, żebym się pieprzył po fińsku... po fińsku powiedział, abym się pieprzył... boszzz). niżej zamieszczam film, z którego płynąca nauka pomoże w takich sytuacjach, w jakiej ja się dzisiaj znalazłem...
zostawiłem dzisiaj ślady na stołecznej plaży, która podmywana jest przez wody Vistuli... stawiałem kroki dość niepewnie, bo ciecz, która płynie z południa Polski korytem przez Kraków, Warszawę i Pomorze, nie zachęca do beztroskiego przechadzania się z wysoko podwiniętymi spodniami. Wisła, bo o niej mowa, cierpi problemy związane z higieną. jest brudna i pachnie słabo. kiedy tak zaglądałem tej biednej rzece głęboko w oczy, ich barwa skojarzyła mi się z lurowatą kawą. żeby tego było mało - to oczy lekko zaropiałe... wody wiślane co raz to niosą delikatną, skoro już jesteśmy przy kawowych skojarzeniach, cremę. tak, "crema" do dobre określenie. pianka swobodnie odbija się od brzegu i od czasu do czasu gromadzi w zatoczkach, tworząc piękny, jasno-brunatny puch... podziwiać można do woli. do tego ten smrodek! Wisło, opamiętaj się... albo zbuntuj się wreszcie, żeby mniej wlewano w Ciebie różnych syfów. zbuntuj się, bo ja chciałbym sobie w Tobie popływać, a teraz się "krępuję".
PS. mój pies pił(a) Wisłę, pił(a) jej dużo. wchodził(a) do niej... pluskał(a) się w niej. bleah! :/
świat jest mały, a woda w Bałtyku dość brudna. nie przeszkadzało to jednak, aby odwiedził nas... kto? no właśnie. uwaga! ostatnio natknąłem się w Gazeta.pl na taki oto tekst... aha! podobno tego typu odwiedziny mają miejsce niepierwszy raz! W Zatoce Gdańskiej pojawił się wieloryb
Na wodach Zatoki Gdańskiej ok. 4,5 mil morskich na płn-wsch. od Górek
Wschodnich pojawił się w niedzielę wieloryb, prawdopodobnie z gatunku
karłowatych.
Jak
poinformował PAP szef Stacji Morskiej Uniwersytetu Gdańskiego w Helu dr
Krzysztof Skóra, ssak ma długość ok. 12 metrów. Wypływa na chwilę na
powierzchnię wody co pół do czterech minut. Zwierzę trafiło do polskiej
części Bałtyku przez cieśniny duńskie.
"Jeśli wieloryb nie
znajdzie sam powrotnej drogi, to niestety grozi mu śmierć głodowa; nie
ma tu bowiem odpowiedniego dla niego pokarmu. Równie niebezpieczne może
być dla niego zderzenie ze statkiem lub inną jednostką pływającą" -
wyjaśnił Skóra.
Podobny wieloryb był widziany w morzu miesiąc
temu w okolicach Sztokholmu. W polskiej części Bałtyku ssak ten
ostatnio był obecny w ubiegłym roku.
oby jak najszybciej odnalazł drogę do domu, do żony/męża, do ojczyzny... trzymajmy za niego kciuksy. niech odczuje nasze wsparcie. Wielorybu! trzymaj się!
ponieważ podobno są tacy, którzy ów blog odwiedzają dość regularnie, a tu ani widu, ani słychu, by coś nowego się działo, zapraszam do odwiedzenia nowego projektu - netlabel.blox.pl, gdzie częstotliwość wpisów jest dużo większa. w zasadzie gdziekolwiek jest ona większa, choćby... nie wiem gdzie :D "wogle" indżoj... indżoj ewryfing
nigdy nie byłem miłośnikiem wyścigów formuły 1. zawsze wolałem nic nie robić, niż oglądać grand prix. dużo bardziej podniecało mnie odwijanie gum turbo z karteczek wymalowanych wspaniałymi samochodami, niż oglądanie ich w akcji.
mogłem godzinami, całymi dniami, tygodniami, miesiącami i latami robić coś innego, zamiast przeżywać grand prix... wszystko to, cały ten "brak podniety" trwał do ukazania się na horyzoncie roberta kubicy. kiedy w mojej świadomości urosła ta postać, postanowiłem pokibicować (a raczej pokUbicować) - cóż, tak mam: gdy polak kombinuje, ja mu kibicuję (rym jak najbardziej na miejscu... można zapamiętać i skandować go sobie w myślach). w ten sposób porwała mnie piłka ręczna, siatkówka, badminton, tenis ziemny, ping-pong, strong-pong-tong [ http://youtube.com/watch?v=7Zkskqjqeds ], prywatne konklawe [ http://sokratesljoekelsoey.blox.pl/2007/05/mister-pius-2007-polfinal.html ], wszelkie inne konklawe (z TYM jednym na czele) i akademia pana kleksa w teatrze roma; czyli wszystko to, co ukształtowane w najmniejszym choćby stopniu przez polskie zostało dłonie. robert kubica przekonał mnie do wyścigów nie tylko samą swoją obecnością na torze, ale i fryzurą, reklamą zegarków certina i zwycięstwem w wyścigu formuły którejś tam, kiedy to mając złamaną rękę, dojechał na pierwszej pozycji.
robert jest twardzielem, to fakt. jest ode mnie dwa lata młodszy i choć może nie jest tak twardy, jak ja, zasługuje na uznanie. bezsprzecznie. żeby jednak skończyć ten wątek i nie przedłużać zbytnio. to jemu zawdzięczam, że polubiłem niezmiernie wyścigi formuły 1. może nie tak bardzo, jak tour de france czy jakikolwiek inny kolarski wyścig, ale prawie tak bardzo jak siatkówkę i troszkę mniej niż piłkę nożną - pozycja formuły w hierarchii jest zatem bardzo silna. formuła mnie porywa, a czasem nawet zbyt mocno. zbyt mocno na przykład zostałem poderwany w tę niedzielę. najadłem się strachu... kiedy zobaczyłem, co też robert na trasie wyczyniał, pomyślałem, że to za wiele jak na moje nerwy. kiedy porównuję ten feralny wypadek ayrtona senny (Imola, rok 1994) z wypadkiem kubicy, to sądzę, że ten ostatni przysunął mocniej albo równie mocno... i teraz warto byłoby zdradzić, po co ten przydługi wstęp. otóż, o ironio, można przygrzać w mur z prędkością 230 kmh i skręcić nogę, a można mieć wypadek rowerowy i... zerwać wiązadła w kolanie. mojej drogiej koleżance to się właśnie przytrafiło i tak sobie teraz myślę - gdyby zamiast roweru wybrała bolid, zapewne nie cierpiałaby tak, jak cierpi :/ mam zatem zagwozdkę. sam już nie wiem, czy nie przesiąść się do bolidu.
wtedy, nie dość że bezpieczniej, to i prestiż rośnie. uwielbiam rower, to fakt...
jadąc jednak na tym ?jednośladzie? (przecież przednie i tylne koło zostawiają po jednym śladzie, więc raczej "dwuśladzie" - rzadko zdarza się, by ślady idealnie na siebie nachodziły... bądźmy precyzyjni) nie mogę przywalić w mur choćby z prędkością 25 kmh. nie mogę zderzyć się nawet ze stojącym samochodem, bo mogę sobie zwichnąć stawy w dłoni i jeszcze wybić komuś szybę. natomiast, gdybym zamyślił się i wjechał bolidem w jakiś inny samochód, mając na liczniku ok. 50 kmh, zapewne bym go sobie tylko zarysował, ubaw miałbym nieziemski (znacie przecież tę wesołomiasteczkową "zabawę w kraksy"), a zniszczenia samochodu-celu naprawiłby ubezpieczyciel. co się zatem stało... moja fascynacja formułą 1 przyjęła dwojakie oblicze - i bierne, i aktywne. nie dość, że nie pomyślałbym nigdy, że mogę siedzieć przed szklanym ekranem i gapić się "w nerwach" na bolidy, to do głowy by mi nigdy nie przyszło, że w pewnej mierze chciałbym zostać kierowcą f1. szok... "nigdy nie będziesz wiedział, co też ci do głowy przyjdzie" - tak, zapewne, ktoś na świecie mawiał... aloha.
PS. obrazek pobrałem stąd: http://www.alohapoolservice.net/aloha%20logo.gif
stało się to, o czym marzy każdy kibic. nie muszę oczywiście tłumaczyć, o czym mowa, bo każdy to wie... to cud! stała się rzecz niewyobrażalna. teraz tylko przyczaić się, czyhać na okazję, zakupić, potem poczekać kilkanaście miesięcy i... ech, szkoda gadać. coś pięknego! :D
zmieniamy buty, bieliznę, koszulki i znajomych. zmieniamy pracę i upodobania... cały czas kombinujemy - świadomie lub nieświadomie. nijak doświadczyć absolutnej stałości we wszechświecie. na ten sam trop wpadła jedna z instytucji finansowych i od pewnego czasu za jej sprawą można zauważyć na ulicach plakaty namawiające do... ZMIENIENIA DZIELNICOWEGO.
teraz tylko pytanie... w co go zmienić? uwaga, uwaga! ludzie, kochani, przyjaciele i nieznajomi!
w życiu każdego z nas nastaje taki moment, gdy przychodzi kaszel. to zupełnie jak z wypracowaniem w szkole. najpierw mamy "wprowadzenie", zapoznajemy się z nowym odruchem, krztusimy się, lekko zdezorientowani liczymy, że zaraz przejdzie. potem płynnie przechodzimy w stan "rozwinięcia" - wszystko nas już od kaszlu boli i ogólnie rzecz biorąc wszystkiego mamy dosyć, czasem pojawia się zniechęcenie, apatia. ostatnią fazą, która następuje prędzej, czy później, po czasie walki, w umęczeniu, jest "zakończenie", czyli powrót do żywych - kaszel ustępuje, doceniamy zdrowie. obecnie znajduję się w fazie "rozwinięcia". pierwsze koty za płoty już były, gardło mam zdarte, oskrzela wesoło odmawiają posłuszeństwa. od kasłania dudni cały dom, a zarazki jak wiosenne liście opadają na dywan. w całym tym szaleństwie zwrócić należy uwagę na fakt, że czasem przychodzi z pomocą lekarstwo. to jest najciekawszy punkt programu. odpakowujemy buteleczki, wysypujemy tabletki, obwąchujemy je, nieco zawstydzeni, niby szukając czegoś na biurku, podchodzimy coraz bliżej... tabletki musujące, syropy, płyny do płukania gardła. raj. teraz tylko pytanie - od czego zacząć? czy najpierw rozpuścić tabletkę musującą i popić "owocowy" napój? czy najpierw syrop z babki lancetowatej? a może wpierw przepłukać gardło? tu ostatnie słowo należy do intuicji. warto zostawiać jej od czasu do czasu nieco przestrzeni życiowej. wybór padł na syrop z babeczki (poniekąd jest to zrozumiałe). rewelacja (to też jest zrozumiałe). cóż za bukiet! cóż za delikatna słodycz! a barwa? przepiękna - kawowy roztwór o gęstości kilkakrotnie większej od gęstości wody. żadnych działań ubocznych, żadnych interakcji... nic tylko popijać ten lepki, babeczkowy wyciąg, nawet do obiadu - myślę, że świetnie sprawdziłby się w towarzystwie serów i delikatnych surówek wiosennych. z tabletkami musującymi natomiast nie jest już tak uroczo: "w rzadkich przypadkach mogą wystąpić: bóle głowy, zapalenie błony śluzowej jamy ustnej lub nosa, szum w uszach" - najgorszy ten szum. "może też wystąpić wodnisty wyciek z nosa"!!! - dość by się przestraszyć! wystarczy. przyjmowanie takich leków ma coś z przejażdzki kolejką rollercoaster (nie korzystałem nigdy z tej formy komunikacji, ale sądzę, że odczucia są podobne). następny w kolejce stoi, znany już skądinąd, sprej. należy się wyluzować, prysnąć cztery razy dziennie po cztery porcje specyfiku, za każdym razem nabierać dużo powietrza w płuca i padać na łóżko (tak, jak na filmach, amerykańskich filmach oczywiście - stojąc tyłem do łoża należy "puścić" i paść z szeroko rozłożonymi rękami na plecy; z zamkniętymi oczyma doświadczać procesu wchłaniania antybiotyku... tak, tak, to niestety jest antybiotyk). sprej, podobnie jak babka, jest dość delikatny, usposobienie wskazuje na zamiłowanie do prostoty, muzyki jazzowej i ginu z tonikiem. z tego też względu nie ma sensu poświęcać mu za dużo czasu - nas interesują sensacje. dalej, za butelką z brązowym, opisanym już płynem, stoi tajemnicza fiolka o połowę niższa od reszty pojemników. jest wysokości zapalniczki. "chamomillae anthodium extractum fluidum" - za tymi łacińskimi formułami kryje się płyn do płukania gardła. "w postaci 10 proc. roztworu wodnego do przymoczek i płukań" - tajemniczy opis. czuję się trochę, jak bym studiował jakąś księgę w średniowiecznym klasztorze... teraz tylko przypomnieć sobie wzory chemiczne, aby osiągnąć idealny, 10-proc. roztwór, pipety - w celu precyzyjnego dawkowania oraz naczynie i szklany pręcik do mieszania. potem płukanko. już nie mogę się doczekać smaku - co z tego wyjdzie? za późno jednak w tej chwili na tę uciechy. trzeba czekać do rana. ze względu na działanie, trzeba czekać. byle doczekać... na koniec preparat, którego jeden z przedstawicieli został wcześniej przedstawiony, czyli znowu syrop. szara eminencja wśród rozłożonych na stole lekarstw... wyjątkowo dziwny metaliczno-bananowy (nie wiem, czemu kojarzy mi się z metalicznością), intensywny smak. wyczuwalne działanie. rozrzedza "śluzy" :/ (w oskrzelach... luz, boższzz). "podawany w ostrych i przewlekłych schorzeniach dróg oddechowych przebiegających z utrudnieniem odksztuszania lepkiej wydzieliny w drogach oddechowych, takich jak: ostre i przewlekłe zapalenie oskrzeli, stany zapalne nosa i gardła, mukowiscydoza" :/ skóra mi cierpnie na samą myśl o tym specyfiku. a tej nazwy tej ostatniej przypadłości wolę nawet w myślach nie powtarzać. tu już wkraczamy w świat cywilizacji. techno-syrop. intensywnie i szybko... strach :/ (muszę jednak spróbować zaufać) niby "ambroxoli hydrochloridum" miał być ostatni, ale jest jeszcze pomocnik tego specyfiku. objawia się w postaci tabletek o podobnym składzie chemicznym co płynny brat, tyle że z dodatkiem flegaminy - niestety nie wiem, czemu służy. najprawdopodobniej jest asystentem lekarstwa o smaku banana - też rozrzedza, pustoszy, gnębi zarazki. wszyscy już się teraz znamy. to moi nowi "towarzysze". spotykać mam się z nimi dość często, bo z prawie każdym z nich po trzy razy dziennie. jednych będę witał z szerzej rozwartymi ramiony, na widok innych zapewne nieraz zadrżę... dostałem zwolnienie z pracy na dwa dni, więc będę miał całe dnie, by z pomocą tych dziwactw przejść do ostatniego etapu przygody, czyli "zakończenia". kasłać mi się już nie chce, ale muszę. takie życie. wszelkie wyrazy współczucia proszę przesyłać mejlem, drogą komórkową lub w postaci komentarza do tego wpisu. sprawa jest poważna, więc liczę na zainteresowanie. można dzwonić, zostawiać informacje na gg - w zasadzie panuje pełna dowolność. niestety zarażam, więc odwiedziny tylko dla miłośników programów survivalowych i hardkorowców "bez obciachu" (zasłyszane niedawno). wszyscy trzymajmy za siebie kciuki. adię!
często zdarza się, że człowiek tuż przed śmiercią odczuwa znaczną poprawę samopoczucia - niestety zwykle tylko psychicznego. zawsze mnie to zadziwiało i zastanawiało, czemu tak się dzieje. zawsze sobie myślałem, że to taki ostatni wysiłek organizmu i psychiki, tego nierozdzielalnego ciała-umysłu, taka ostatnia chwila "na otarcie łez". ostatni wysiłek przed. wtedy świadomość, tak na "pożegnanie" (chociaż cholera wie, czy to pożegnanie, czy co), doświadcza spokoju i harmonii (albo: w świadomości pojawia się spokój i harmonia) - rzecz w każdym bądź razie idzie o zadowolenie. myślę, że dzisiaj odczułem coś, co nosiło znamiona stanu, o którym wspomniałem. nie idzie tu co prawda o śmierć, ale o cholerną senność :) kiedy jestem niemiłosiernie śpiący, a teraz jestem, zazwyczaj poprawia mi się nastrój. tak jest chyba za każdym razem. jest to niezmierna pogoda ducha, niezmierzona ilość pozytywnych impulsów... największa radość pojawia się w chwili, kiedy powieki odmawiają już posłuszeństwa, a duża część dnia upłynęła na przysypkach. jest to naprawdę radość nieopisywalna. wpadło mi do głowy, że być może to pozytywne nastawienie wynika z faktu, że za chwilę, czy się chce, czy nie chce, padnie się z nóg i "potrwa się" tak w stanie sennego odurzenia przynajmniej do "rana" ("rano", czyli moment przebudzenia; nieważne, czy jest to ranek, czy wieczór). ten finisz, a raczej jakość tego finiszu skojarzyła mi się z sytuacją, kiedy to zbliżamy się do, jak to mówią pensjonarki, "kopnięcia w kalendarz" (kurna, czy nie za dużo tej metafizyki jak na raz?)... być może ta radość, te nierzadkie "poprawy" przed chwilą wygaśnięcia świadomości są odpowiedzią na coraz to szybciej zbliżający się przeodpoczynek i uwolnienie z bolesnej powłoki (niby mnie nic nie boli, ale wiadomo, o co chodzi)? cholera wie.
w tej chwili jestem niezmiernie senny. jestem też niemniej pogodny, bo wiem, że "wygaśnięcie" (chwilowe albo nie wiadomo, jak długie) tuż, tuż...
myślę, że w tym wszystkim (tak w jednej, jak i drugiej sytuacji) chodzi o radość przed odpoczynkiem. na pewno.
adieu i ariwederczi... nieważne po której stronie luzztra :D